wtorek, 29 maja 2012

Co z tą cholerną wolnością słowa

Podstawowym atrybutem demokracji wcale nie są wybory. W wielu państwach totalitarnych wybory się odbywają i wygrywają je niedemokratyczne reżimy. Ludzie głosują na rządzących, gdyż albo mają straszliwy obraz opozycji, albo np. są przestraszeni katastrofalnymi skutkami zmiany władzy. Na ogół oczywiście mamy do czynienia z potężną manipulacją świadomości wyborców. Totalne manipulacje są możliwe tylko wtedy, gdy władza lub jakaś siła polityczna kontroluje publiczną debatę. Nie znam przypadku totalitarnej władzy, która nie próbowałaby kontrolować mediów. Zwycięstwo wyborcze czy przejęcie władzy siłą nie dają gwarancji rządzenia, gdy społeczeństwo otrzymuje rzetelne informacje o stanie państwa.

Trudno mówić o demokratycznych wyborach, gdy tylko jedna strona ma dostęp do źródeł przekazu. Na polskim rynku łatwo można rozpoznać, kto jest demokratą, a kto reprezentuje postkomunistyczny totalitaryzm – właśnie po stosunku do wolności słowa. Ludzie, którzy w podziemiu walczyli o swobodę wypowiedzi, często płacąc za to ogromną cenę, na ogół dzisiaj cenią sobie swobodę debaty, nawet jeżeli ta debata jest dla nich osobiście przykra. Opozycja, która weszła w układ z postkomunistami, musiała z góry założyć pewne formy cenzury. Dosłownie takie żądanie przy okrągłym stole postawił nieżyjący już naczelny „Tygodnika Powszechnego” Jerzy Turowicz. Co ciekawe, sprzeciwił się temu szef PRL-owskich związków zawodowych Alfred Miodowicz. OPZZ walczyło wtedy o wiarygodność i rzeczywiście przebiło pod tym względem tę część opozycji, która siedziała przy okrągłym stole.

Próby kontroli czy niszczenia mediów w III RP często były inspirowane przez ludzi powiązanych z dawnymi służbami specjalnymi. Zwykle posługiwali się przy tym przykrywkami, które legalizowały ich działania. Wolność słowa w Polsce zawsze była brana w dwa ognie. Z jednej strony, przy pomocy pieniędzy i agresywnych akcji korporacyjnych próbowano monopolizować własność mediów. Z drugiej, ograniczano debatę przy pomocy prawa i sądownictwa. Mimo pięciu lat rządów Donalda Tuska rzekomo liberalna władza nie podjęła nawet próby usunięcia z Kodeksu karnego osławionego artykułu 212. Nie zrobiono też nic, by osłabić rujnujące dziennikarzy i redakcje przeprosiny w największych mediach. Dowolność decyzji sądu w tej sprawie powoduje, że staje się on panem życia i śmierci niezależnie od poczucia sprawiedliwości, a często zdrowego rozsądku. Czy Donald Tusk zapomniał, że wolność słowa była jednym z celów programowych jego formacji? Nie zapomniał, ale opór w jego środowisku przeciwko swobodzie debaty jest ogromny. Trudno się rządzi, gdy media wytkną każdą aferę i każdy błąd. Dlatego też z mediów publicznych zniknęli niemal wszyscy krytyczni wobec rządu dziennikarze. Pokusa wzięcia za mordę krytyków okazała się silniejsza niż najważniejsze dla oblicza partii hasła. Kontrola mediów publicznych to jednak nie cały zakres ograniczania debaty. W ostatnich latach podjęto kilka prób cenzurowania internetu. W jednym z proponowanych rozwiązań rolę cenzora faktycznie sprawowałaby Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. Chodziło o zamieszczanie materiałów filmowych w internecie. W ostatniej chwili władze wycofały się z tego, widząc, że przepis jest po prostu nierealny. Dużo lepiej poszło Krajowej Radzie w przypadku telewizji Trwam. Tu wystarczyło jedynie odmówić koncesji pod pretekstem finansowym czy proceduralnym. Faktycznie była to decyzja o ocenzurowaniu ważnego i krytycznego wobec władzy głosu. Wszystkie te działania należy nagłaśniać i monitorować. Być może kiedyś w Sejmie będzie musiała powstać komisja śledcza wyjaśniająca skalę naruszeń wolności słowa. Na dłuższą metę te naruszenia są jeszcze bardziej niebezpieczne dla demokracji niż fałszerstwa przy wyborach. Szczególną uwagę należy poświęcić operacjom wobec mediów i dziennikarzy. Trochę te sprawy dotknął raport z likwidacji WSI. Jednak tego typu problemy wraz z rozwiązaniem wojskowych służb nie zniknęły. Tym bardziej że na naszym rynku coraz agresywniej działają również lobbyści i funkcjonariusze obcych służb, którzy posługują się obecnie bezrobotnymi ze służb komunistycznych.

GazetaPolska

wtorek, 22 maja 2012

ROSJĘ CZEKA ŚMIERTELNE STARCIE Z USA

Republikański kandydat na prezydenta USA Mitt Romney nazwał Rosję największym geopolitycznym zagrożeniem dla Stanów Zjednoczonych. To nie wypowiedzenie politycznej wojny na potrzeby kampanii wyborczej, lecz stwierdzenie oczywistego faktu wynikającego z obserwacji polityki rosyjskiej. Czy tych zagrożeń nie widzi urzędujący prezydent? Widzi, ale nie za bardzo może to przyznać, gdyż przed wyborami pokazałby, jak bardzo pomylił się w przypadku oceny Moskwy. Jeżeli wygra Romney, starcie z Rosją będzie nieuniknione, szybkie i konsekwentne. A co, jeżeli wygra Obama? Niemal tak samo (z pewnością bardziej pokrętnie), tylko zmianę polityki Waszyngtonu wymusi sam Kreml. Moskwa nie ma szans na dalsze usypianie Ameryki, bo rozbieżności jej interesów są zbyt poważne.

Co powoduje geopolityczny konflikt?

Przede wszystkim walka o rynki energii. Nie chodzi o jej źródła, lecz wręcz przeciwnie – o możliwość jej sprzedaży. Wbrew oczekiwaniom wielu analityków, w które sam przez wiele lat wierzyłem, źródeł energii nie jest za mało, lecz wręcz za dużo. Przekonaliśmy się o tym przy okazji wydobycia gazu. Amerykanie w ostatnich latach z importera stali się eksporterem błękitnego paliwa. Wszystko to dzięki niekonwencjonalnym, supernowoczesnym technologiom. W rezultacie gaz w USA można kupić po 70 dolarów za tysiąc metrów sześciennych, a Polacy płacą Rosji 500 dolarów. Gaz amerykański powoli wdziera się na światowe rynki. Już teraz doprowadził do znacznego obniżenia cen w Europie. To dopiero początek. Po rewolucji łupków gazowych czeka nas także rewolucja łupków roponośnych. Jest ich równie dużo jak tych z gazem. Prawdopodobnie w ciągu kilku lat odczujemy również mocny spadek cen ropy.

Co to oznacza dla Rosji? Połowa dochodów jej budżetu pochodzi z przemysłu gazowo-naftowego. Te dochody wraz ze spadkiem cen ropy i gazu nie skurczą się np. o połowę, ale w ogóle mogą zniknąć. Przemysł paliwowy, przy niewydolnej rosyjskiej gospodarce, zamiast generować dochody, zacznie pożerać pieniądze. To najczarniejszy sen moskiewskich analityków. Rosja z dnia na dzień może utracić dochody niezbędne do utrzymania armii i służb specjalnych. Taki scenariusz wydaje się wręcz najbardziej prawdopodobny. Czy nastąpi to za dwa lata, czy za pięć, jest jedynie kwestią szybkości zmian na rynku.

Co więc Rosji pozostało? Wielka modernizacja albo starcie z USA i odbudowa imperium. Wielkiej modernizacji już nie będzie. Chyba przekracza to możliwości Putina. Wybrał więc świadomie ucieczkę do przodu. Wasalizacja państw ościennych, rozbudowa armii, nakręcenie spirali konfliktu tak bardzo, by uzasadniło to słabość ekonomiczną i niedostatki życia mieszkańców. Ten scenariusz Moskwa już wielokrotnie w przeszłości przerabiała. Pytanie tylko, czy da radę przerobić jeszcze raz. Katastrofa smoleńska otworzyła Kremlowi drogę do Europy Środkowej. Obama tego nie chciał zauważyć. Jednak temat musi powrócić, bo nie chodzi tylko o śmierć prezydenta dużego NATO-wskiego państwa, ale także o agresywną politykę Moskwy wewnątrz NATO. Sojusznik Putina, Angela Merkel, zaczęła się ostatnio politycznie chwiać. Bez niej Putin w NATO niczego nie uzyska. Może więc miotać się jeszcze bardziej i prowokować konflikty. „Przyjaciel” Obama, który pozwolił za swojej kadencji na zarżnięcie Gazpromu, jest dla Putina tak samo przydatny jak wojowniczy Romney. Zresztą być może Romney jako otwarty wróg da Putinowi pretekst do wytłumaczenia się ze swojej polityki. To jednak ma znaczenie drugorzędne. Starcie polityczne Moskwy i USA jest po prostu nieuniknione. Dla nas im szybciej Ameryka odzyska swoje wpływy w Europie, tym lepiej. Z tego punktu widzenia Romney gwarantuje Polakom więcej. Szczerze życzę mu wygranej.

Autor: Tomasz Sakiewicz

czwartek, 10 maja 2012

CAR WRÓCIŁ, EUROPA LEŻY

Do wyborów we Francji Europą Środkową zarządzało kondominium niemiecko-rosyjskie. Obecnie zaczyna się ono rozpadać. Klęska Nicolasa Sarkozy`ego wspieranego w czasie kampanii wyborczej przez Angelę Merkel i jej zauszników, niemal pewne problemy Grecji w utrzymaniu się w strefie euro, osłabiły potężną kanclerz Niemiec i wróżą jej dosyć szybką utratę władzy. W tej sytuacji Putin, który właśnie koronował się na kolejną kadencję, nie musi już dzielić się z Merkel wpływami. Nasza sytuacja się zmienia. Upadek polityki zagranicznej i postępujące bezhołowie w polityce wewnętrznej były w jakiejś mierze efektem politycznej interwencji ościennych mocarstw. Ekipa Tuska, wasalizując Polskę wobec Berlina, korzystała z potężnego wsparcia medialnego i politycznego. Z kolei szybki wzrost znaczenia Rosji w Polsce nastąpił po 10 kwietnia 2010 r. Jej oparciem jest obóz prezydenta Bronisława Komorowskiego. Można wręcz twierdzić, że na początku drugiej dekady tego wieku dokonał się swoisty polityczny rozbiór Polski, bez naruszania granic, a nawet likwidowania oficjalnych instytucji demokratycznych.

Rozluźnienie uścisku pani kanclerz zostawia miejsce Putinowi, ale zmusza go też do większego zaangażowania. Putin oprócz problemów wewnętrznych musi poświęcić sporo miejsca Ukrainie, Białorusi, przygranicznym krajom Kaukazu i Azji. Polska jest dla niego łakomym kąskiem, ale bez wyraźnego wsparcia ze strony Niemiec połykanie NATO-wskiego kraju proste nie będzie.

Dla nas za to sprawa stanie się prostsza: Tuska wkrótce zastąpią jakieś bliższe Rosji popłuczyny po Platformie Obywatelskiej. Pewnie stanie się to już po Euro, wczesną jesienią. Ich głównym celem będzie powstrzymanie rozwoju amerykańskiej infrastruktury wojskowej w tej części kontynentu i zablokowanie wydobycia gazu i ropy z niekonwencjonalnych źródeł. Prorosyjskie stronnictwo może pozbyć się Tuska, ale samo już tak silne jak on nie będzie. Jest wręcz niemożliwe, by rosnące apetyty Putina nie spotkały się z amerykańską reakcją, szczególnie jeżeli wybory w USA wygra republikanin.

Polskę czeka silny kryzys polityczny i gospodarczy, którego apogeum odczujemy w ciągu roku. Co się z tego wykluje? Bóg jeden wie. Wygra ten, kto będzie w stanie kontrolować choć część mediów. Dlatego główny bój rozegra się w sferze wolności słowa i budowy własnych źródeł informacji.

Dobrze że PiS wystąpił z wnioskiem o odrzucenie idiotycznej zmiany prawa prasowego, a także z inicjatywą skreślenia artykułu 212 kodeksu karnego i unormowania sprawy publikowania przeprosin w mediach, które są po prostu finansową gilotyną na wydawców i dziennikarzy. W tej chwili wolne media to najważniejsza broń w walce o odzyskanie Polski. Autokracje ograniczają swobodę debaty, czego Rosja jest najlepszym dowodem. Ten klimacik zacznie do nas docierać coraz mocniej. Musimy się trzymać razem i wzmacniać to, co już posiadamy. Wbrew pozorom nie jesteśmy bezsilni. Grupa „Gazety Polskiej” to dziennik, tygodnik, miesięcznik, portal i telewizja internetowa. Mamy wiele stron w internecie, w tym anglojęzyczną. Grupa Radia Maryja to potężne radio, rosnąca w siłę telewizja i dziennik. Na zapleczu jest ruch klubów „Gazety Polskiej” i Rodzin Radia Maryja. Istnieje sieć mediów katolickich, z których wiele jest nam bliskich. Wszystko to razem, jeżeli będzie ze sobą współpracować, a ludzie dobrej woli będą wspierać, może mieć wpływ na miliony wyborców.

Póki USA nie zaangażują się mocniej w Europie, musimy tworzyć siłę w oparciu o własne media. Wtedy pustkę po rozpadającym się kondominium przejmie nie Putin, lecz sami Polacy.

GazetaPolska.pl/